Nastroje wokół coachingu
Marcjanna Góralczyk-Przychocka
Coaching to inspirujący sposób pracy, w którym coachowany ma szansę być autorem odkryć
i rozwiązań, a na pewno partnerem w ich poszukiwaniu. Coaching mobilizuje do samodzielności i zaangażowania.
Pozwala na wgląd, na pełniejsze zrozumienie swojej sytuacji, na podjęcie dobrych dla siebie decyzji. A jednak…
Tylko nie coaching! – zdarza mi się słyszeć w reakcji na pytanie, jaką formę rozwijania swoich
umiejętności moi rozmówcy widzieliby dla siebie. Jak to „Tylko nie coaching!”! - oczywiście, jako zwolenniczka
tego rodzaju pracy natychmiast chcę wiedzieć, co jest powodem takiego protestu. I oto, czego się dowiaduję:
- Wiele osób spotkało się z pomysłem coachingu w kontekście zagrożenia swojej pozycji,
w perspektywie utraty pracy, wobec wyraźnie zdiagnozowanych trudności z pełnieniem swoich obowiązków.
Coaching jest więc dowodem na to, że sobie nie radzą. To tak, jak pójście do terapeuty – rzecz wstydliwa.
- Coaching praktykowany przez przełożonego (według jego własnego wyobrażenia o tym procesie)
bywa postrzegany jako nieustanne otrzymywanie negatywnej informacji zwrotnej,
ponieważ w wydaniu szefów dość często tak to właśnie wygląda.
Spotkałam się nawet z określeniem „przecoachować pracownika”, w znaczeniu: przeczołgać i pozbawić
ostatnich złudzeń na temat własnej profesjonalnej wartości.
- Niektóre procedury coachów przyprawiają coachowanych o ból głowy. Na przykład pytanie
„Co chcesz/możesz z tym zrobić?” powtarzane do znudzenia i nie poparte żadną inną techniką pracy
lub sugestią wzbudza w odbiorcy po pewnym czasie nieodpartą ochotę uduszenia coacha
(dotyczy to zwłaszcza kwestii tzw. miękkich, gdzie dość trudno o powszechną znajomość skutecznych zachowań).
- Dzisiaj można zostać certyfikowanym coachem nawet po podzielonym na dwa etapy 2-tygodniowym kursie,
wzmocnionym niezbyt licznymi zajęciami praktycznymi pomiędzy etapami.
Co sprawia, że coachów jest więcej niż coachowanych, a poziom i elegancja pracy ma szansę
„rozkładać się normalnie” według krzywej Gaussa. Jak mawia mój kolega, po takim treningu można być coachem,
ale czy można być coachem dobrym? (patrz punkt 3).
Kilka dni temu przy stole mój 12-letni syn i jego przyjaciel z rozrzewnieniem komentowali
„Tęczową coca-colę” sprzedawaną w pewnej sieci tanich marketów spożywczych. Rozmowa potoczyła się tak:
- Oj, to dopiero był smak. Kranówka z cukrem i farbką, za 69 groszy…
- No tak, narzekasz, ale po tej coli przynajmniej nie chciało się pić!
- Nie chciało się pić? Za to w połączeniu z porcją popcornu chciało się… rzygać!
Fakt, to trochę niecenzuralne, ale jakoś tak skojarzyło mi się z falą coachingu nieubłaganie
zalewającą nasz rynek „interwencji rozwojowych” – czasem jest to taka „Tęczowa cola” z popcornem.
Trudno się dziwić, że wokół coachingu wytworzyło się tyle nieporozumień. A szkoda, bo to jeden
z najprzyjemniejszych sposobów rzetelnej, prawdziwie rozwojowej pracy...